Dla

20,00 zł
0

Tomik poetycki

 

lubiłeś nosić moje torby plecak

a w nich ciężary których

nie było widać nikt ich dotąd

nie wyjął zostały gdzieś

czym były naprawdę nie wiadomo

wypuszcza się w podróż wyobraźnia

stok łagodne długie podejście

znów zabierasz mi plecak i niesiesz

a ja czuję ciężar twojej nieobecności

 

Barbara Gruszka-Zych

Kategoria:

Autor: Barbara Gruszka-Zych

ISBN   978-83-8183-113-0
Wymiary  125 x 205 mm
Liczba stron  96
Rok wydania  2021

W nowym zbiorze wierszy Barbary Gruszki-Zych zmarli nieustannie na nowo ożywają, nie tylko wskrzeszani wspomnieniami.

Króciutki, trzyliterowy zaledwie tytuł nowego tomiku Barbary Gruszki-Zych brzmi jak urwana dedykacja. „Dla” – czytamy i każdy może dopowiedzieć sobie w myśli adresata. Bo też te wiersze mają charakter uniwersalny i wielu z nas mogłoby się w nich odnaleźć. A jednocześnie żaden nie poruszałby tak mocno, gdyby nie wyczuwalny głęboko osobisty ton intymnego wyznania, wypowiedzianego często bardzo ściszonym głosem. Także dlatego, że wiele z tych tekstów poświęconych zostało bliskim osobom, które już odeszły do wieczności. To kolejny powód owego „urwania”, niedopowiedzenia, zawieszenia głosu, ujawniającego się także w braku tytułów poszczególnych utworów. No bo jak nazwać to, co się stało: że ktoś był i nagle nie ma go z nami? „w tym roku/ nic nie napiszę o zmarłych/ tylu ich jest/ że jak chleb powszedni życia/ smakuje im śmierć” – deklaruje poetka. Jest jednak paradoks w tym wyznaniu, uczynionym w zbiorze wierszy, w którym zmarli nieustannie na nowo ożywają, nie tylko wskrzeszani wspomnieniami. Autorka ma wyraźne poczucie ich duchowej obecności, skoro „przechadzają się niewidzialni/ fala za falą/ coraz bliżej brzegu/ bliżej naszych spraw”. A z drugiej strony pozostaje po nich także „ciężar nieobecności” – tęsknota trudna do udźwignięcia, z której utkane są te wiersze.

Są też – bliżej końca tomiku – utwory, których dedykacja staje się bardziej jawna, bo pojawiają się w niej imiona, czasem także nazwiska konkretnych osób. Wśród nich najmocniej porusza mnie wiersz dedykowany „dziadkom Helenie i Stanisławowi Szkocom”, w którym poetka wraca do swojego dzieciństwa. „nigdy nikt tak nie umościł dla mnie/ takiego gniazdka na zmęczonych/ kolanach surowych ascetycznych/ tyle ciepła zgarniętego pode mnie/ z ich całego życia uzbierana/ pewność że jestem kochana” – czytamy w nim. A zaraz potem pojawiają się utwory, które autorka poświęciła własnym wnukom, pokazując, że nić życia ciągnie się dalej: „co pokolenie uczą się latać/ w wesołym miasteczku/ w samolotach na krawędzi nieba/ które nachyla się/ do wyczekujących na zabawę dzieci”. Czytając nowe wiersze Barbary Gruszki-Zych, też mamy wrażenie, że niebo nachyla się do nas.

 

 

"Urwana dedykacja", Szymon Babuchowski

Recenzja ukazała się w Gościu Niedzielnym, nr 7/2022

 

 

 

otrzyj dzień z czoła...

 

coraz dłuższe dni...

 

wieczór autorski...

 

w popielec piłeś tylko...

 

jesteś popiołem teraz leżysz...

 

nie boję się spotkania aż dziwne...

 

lubiłeś nosić moje torby plecak...

 

z huśtawki zostały żeliwne rurki...

 

ta rycina bez nas...

 

zobacz okno a za nim wciąż zima...

 

na pół okna czarne skrzydła...

 

to co żyło nie żyje...

 

zaraz się pory roku obrócą...

19

tłumaczysz się...

 

powiem ci coś do ucha...

 

kiedy noce znikają jedna za drugą...

 

ptaki zaczęły śpiewać...

 

ten wiersz od ciebie...

 

ciemność jak dwie poduszki...

 

za oknem ulica...

 

jak słodki karmel...

 

ile razy w tej ciszy...

 

torebka koło teczki...

 

jak piasek żółte kwiaty...

 

śnieg ucieka przed nocą...

 

a więc chodzi o to aby wszystko zmienić...

 

nie umiem pisać ty wiesz o tym dobrze...

 

kto pozwala zrzucać z drzew płatki...

 

te wszystkie sprawy...

 

papierosy wypalone do ostatniego...

 

dzisiaj rozdzielają twoje szaty...

 

gwiazdy zakryte niebo jest zasłoną...

 

wszędzie chodziliśmy razem...

 

będę psem takim jak ty...

 

teraz kiedy bezkarnie możesz zajmować mi czas...

 

bocian lata nad wodą...

 

podróżne niebo...

 

te miejsca obojętne...

 

spotkajmy się na peronie...

 

wypiłam jedno piwo...

 

dziadek babcia tata wszyscy...

 

oj dłonie takie miękkie opadają w dół...

 

w którym momencie się to zaczyna...

 

szeleszczą tataraku...

 

jak się żyje pod niebem...

 

w tym roku...

 

już się kończy...

 

wasze twarze panowie...

 

tata ma twarz tę samą...

 

kos gwiżdże...

 

spotkajmy się w Krakowie...

 

machnąłeś mi ręką...

 

no tośmy się widzieli...

 

i już wiesz że zmiotło ci człowieka za próg...

 

kilometry pustych pokoi...

 

mój włos zdejmujesz z dłoni...

 

ukryli się...

 

drogowskazy na skrzyżowaniu...

 

szara fotografia z brązowym zaciekiem...

 

stary sad wracam nim...

 

dziadek i babcia biorą mnie...

 

dzieci zawsze są najpierw...

 

to chyba jest nadzieja...

 

to samo pragnienie...

 

niesie się śnieg przez myśli...

 

coraz wyższe trawy...

 

odkrywa twarz mi słońce...

 

chwalmy ten świat jedyny...

 

z mroku wyłaniają się...

 

takie małe oczy...

 

wypełniają się słowa...

 

kwitnące jabłonie...

 

wierzyć się nie chce...

 

wieczory porysowane błyskawicami...

 

lato tak pachnie...

 

wszystko zarosło...

 

nad człowiekiem pochyla się...

 

wysokie połoniny w zeszłym roku...

 

obudź się karteczko podrap mnie po policzku...

 

nikt nie wie ile dzieli nas drzwi...

 

zawsze mnie broniłeś...

 

dusze latające z Dzienniczka Siostry Faustyny...

 

dusze zmęczone...